Fertilità spada. Czy to w ogóle źle?

    „Tego nie przewidywały nawet pesymistyczne prognozy, a liczba urodzeń spada w coraz głębszą otchłań” – tak niedawno w artykule opublikowanym w dzienniku "Hospodářské noviny"  skomentowano niechęć społeczeństwa do rozmnażania się, która wynika z badania dotyczącego liczby urodzeń przeprowadzonego wśród czeskich szpitali. Roczny spadek wskaźnika urodzeń zbliża się bowiem do 8%, co oznacza, że w tym roku urodzi się około 77-78 tysięcy dzieci. Byłoby to o sto tysięcy mniej niż liczba dzieci urodzonych w roku, w którym urodził się autor tego tekstu, a także mniej niż pesymistyczny scenariusz najnowszej prognozy demograficznej (z 2023 r.), która zakładała na ten rok około 83 tys. urodzeń. Tendencja ta nie jest jednak specyficzna dla Republiki Czeskiej. Według raportu OECD, całkowita dzietność kobiet w krajach OECD spada od kilku dziesięcioleci, a wartości, do których prawdopodobnie spadnie w Czechach w nadchodzących latach (około 1,1-1,3), nie są niczym niezwykłym.

    Fertilità spada. Czy to w ogóle źle?

    Demografowie i socjologowie od lat dyskutują nad przyczynami tego zjawiska, ale panuje zgoda co do głównej zasady. Po pierwsze, kulturowa, edukacyjna i ekonomiczna emancypacja kobiet, związana z ich większymi możliwościami samorealizacji, a co za tym idzie rosnące bezpośrednie (finansowe) i pośrednie koszty (w postaci utraconych możliwości) związane z wychowaniem dzieci, które w nieproporcjonalny sposób obciążają kobiety, zmniejszają ich „chęć” do posiadania potomstwa. Po drugie, społeczeństwo się bogaci. Już na początku lat 60., a następnie w latach 70., Gary Becker opisał czynniki ekonomiczne stojące za decyzją o posiadaniu dzieci i wykazał, że decyzja o liczbie dzieci jest funkcją kosztów ich utrzymania i „korzyści” z nich płynących, a korzyści te zależą zarówno od liczby dzieci, jak i ich od ich „jakości” (mierzonej w oryginalnej pracy z 1960 roku jako ilość środków wydatkowanych przez rodzica na jedno dziecko). W istocie pokazał, że podobnie jak w przypadku bogacenia się nie kupujemy więcej samochodów tańszych marek, ale raczej mniej samochodów droższych marek, tak samo w przypadku dzieci wraz ze wzrostem dochodów preferujemy mniej dzieci, ale przeznaczamy na nie więcej środków (czasowych, finansowych, emocjonalnych). Chociaż istnieją badania, które rzucają empiryczny cień na model jakościowo-ilościowy Beckera, moim zdaniem jego sedno działa dobrze nawet po pół wieku.

    Pomijając ekonomiczne rozważania, w debacie na temat spadającej płodności zbyt mało uwagi poświęca się następującemu pytaniu: czy posiadanie mniejszej liczby dzieci jest rzeczywiście złe? A jeśli tak, to dlaczego?

    Czy fascynacja liczbą ludności nie jest tylko reliktem nacjonalistycznych liturgii minionego stulecia? Czy nie żyjemy w niewoli odległej przeszłości, kiedy to kraje potrzebowały wysokiego wskaźnika urodzeń, aby mieć ktoś do obsługi ciężkich maszyn na polach i w fabrykach oraz do prowadzenia wojen, a ta narracja głęboko zakorzeniła się w naszej pamięci społecznej? Czy nie jest to przejaw dominacji narracji wielkich mocarstw, które czerpią swoją potęgę z wielkości i dla których wizja stopniowego zaniku demograficznego stanowi newralgiczny punkt zbiorowej tożsamości? Czy za przywiązaniem do noworodków nie kryje się po prostu pragnienie nas, dorosłych stopniowo zbliżających się do wieku emerytalnego, aby zapewnić sobie bezpieczną starości bez konieczności podejmowania nieprzyjemnych decyzji w trakcie życia zawodowego?

    Oczywiście, spadająca liczba urodzeń w połączeniu z wydłużaniem średniej długości życia oznacza wzrost obciążenia systemu emerytalnego i zdrowotnego: rosnąca liczba osób, które nie mogą pracować, a które wymagają opieki zdrowotnej, prowadzi do wzrostu wydatków, które musi ponieść (malejąca) liczba ludności w wieku produkcyjnym. Nie jest to jednak problem nierozwiązywalny. Mówiąc dokładniej – nawet jeśli rząd, który udaje, że problem demograficzny rozwiąże za pomocą długu i dla którego reforma emerytalna to brzydkie słowo, tak uważa – wcale nie musi nim być. System, w którym każdy oszczędza na własną emeryturę, ostatecznie rozwiązałby problem, jaki państwo będzie miało z masą emerytów i małą liczbą osób aktywnych zawodowo. Okres przejściowy wymagałby oczywiście dodatkowych środków, a więc być może dyskusji na temat tego, czy zamiast karmić obecnych emerytów iluzją taniej energii wynikającej z nacjonalizacji, nie lepiej byłoby przeznaczyć pieniądze z prywatyzacji na przetrwanie tego okresu. Trudno sobie jednak wyobrazić, aby jakikolwiek rząd w swoich rozważaniach preferował ukierunkowane, zasługowe i zrównoważone zabezpieczenie przyszłych, być może jeszcze nienarodzonych emerytów, przed bieżącym zabezpieczeniem dla tych, którzy dziś na niego głosują.

    Niski wskaźnik urodzeń prima facie oznacza mniej naukowców, odkrywców i wynalazców: istnieje różnica miedzy poszukiwaniem odkrywców nowych rzeczy w populacji liczącej 100 milinów a w populacji liczącej 10 milionów. Konsekwencje dla wzrostu gospodarczego, który jest napędzany przez innowacje, są, co nie jest zaskoczeniem, negatywne, jak pokazują badania. Jednak i tutaj istnieją rozwiązania, które mogą złagodzić te niekorzystne skutki, np. większe inwestycje w edukację. Pod tym względem również nie radzimy sobie zbyt dobrze. W ramach UE znajdujemy się w drugiej połowie stawki pod względem wydatków na edukację: podczas gdy na przykład Dania przeznacza na edukację prawie 6% PKB, w naszym kraju jest to około 4%. Drugą możliwością jest szersze wykorzystanie nowoczesnych technologii. Nie wiem, czy AI okaże się taką zmianą, jaką prorokują nam ci, których dobrobyt zależy od sukcesu AI, ale w każdym razie pod względem wykorzystania tej technologii jesteśmy raczej na poziomie Turcji i Bułgarii niż Danii czy Finlandii. 

    Ale są też pozytywne strony niższego wskaźnika urodzeń. Nie musimy od razu krzyczeć, że mniejsza liczba ludzi jest korzystna dla środowiska, i nie musimy od razu znaleźć się wśród tych, którzy odmawiają posiadania dzieci z powodu kryzysu klimatycznego.

    Mniejsza liczba ludności oznacza jednak z pewnością mniejsze wydatki społeczne (na infrastrukturę, transport, mieszkalnictwo), lepszą jakość życia społecznego (klasa licząca 20 dzieci jest przyjemniejszym miejscem do nauki w porównaniu z klasą liczącą 35 dzieci) oraz mniejsze wydatki gospodarcze (ergo: więcej kapitału na mieszkańca). Chociaż ze względu na irracjonalną sympatię gospodarstw domowych do cegły nie można być niczego pewnym, w sytuacji, gdy rynek nieruchomości „straciłby” na przykład milion potencjalnych nabywców, można by się spodziewać spadku ich cen. Tak jak wysokie ceny nieruchomości  obecnie z pewnością ograniczają działalność gospodarczą (spróbuj rozpocząć działalność gospodarczą z dzieckiem i milionowym kredytem hipotecznym na czterdziestometrową warszawską norę), tak ich spadek spowodowałby odwrotny efekt. Wyższa aktywność gospodarcza i większa skłonność do podejmowania ryzyka mają pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy. Analogiczny efekt dotyczy udziału w rynku pracy: mniej dzieci oznacza większy udział kobiet w rynku pracy (więcej godzin, które mogą spędzić w pracy). Wszystkie te czynniki mogą podnieść co najmniej wolumen produkcji, a być może nawet wydajność pracy.

    Jeśli mierzymy (lub przybliżamy) jakość życia nie na podstawie całkowitego PKB kraju (który zależy od liczby ludności), ale PKB na mieszkańca, w grę wchodzą dodatkowe kwestie. Rosnąca liczba ludności w sytuacji braku napływu kapitału z zagranicy oznacza, że krajowe oszczędności muszą generować wystarczające inwestycje, aby zastąpić zużyte aktywa, a także zwiększyć wolumen kapitału (aby zasoby kapitałowe rosnącej siły roboczej nie zmniejszały się z czasem). Inwestycje finansowane z krajowych oszczędności są jednak tą częścią dochodu, której nie można skonsumować: oznacza to cet.par niższą konsumpcję. Złota zasada kapitału w modelu wzrostu gospodarczego Solovowa (bez postępu technologicznego, ale ze wzrostem liczby ludności) głosi, że przy danym poziomie oszczędności optymalna wielkość kapitału na pracownika jest taka, że krańcowy produkt kapitału jest równy sumie tempa wzrostu siły roboczej i stopy amortyzacji. Przyspieszenie tempa wzrostu siły roboczej prowadzi (w stanie równowagi) do spadku ilości kapitału na pracownika, a tym samym do niższej produkcji (i konsumpcji) na pracownika. W przypadku spadku płodności efekt ten działa odwrotnie: równowaga ilości kapitału na mieszkańca jest wyższa, a konsumpcja na mieszkańca również jest wyższa. Wyższa konsumpcja oznacza wyższą użyteczność, przynajmniej w sferze ekonomii teoretycznej. Kto z Was  nie chciałby mieć wyższej konsumpcji, nawet gdyby oznaczało to mniejszą liczbę mieszkańców Polski?

    Żadna z powyższych informacji nie oznacza jednak, że mamy czy musimy pogodzić się z niskim wskaźnikiem urodzeń. Owszem, w sytuacji gdy koszty rodzicielstwa rosną (koszty bezpośrednie i koszty utraconych korzyści wynikających z rodzicielstwa), a społeczeństwo staje się coraz bogatsze, możemy oczekiwać spadku liczby dzieci. Jednak koszty rodzicielstwa, które obejmują zarówno kwestie niepieniężne (korzyści płynące z rzeczy, które można robić nie mając dzieci, np. podróże), jak i pieniężne (takie jak niższe wynagrodzenie kobiet po powrocie z urlopu rodzicielskiego), można zmniejszyć. Oczywiście nikt nie chce wprowadzać czegoś takiego jak dekret 770 (mimo że jego wprowadzenie doprowadziło do znacznego wzrostu dzietności). Jednak skrócenie urlopu rodzicielskiego i podział obowiązków między oboje rodziców (obowiązkowy urlop rodzicielski również dla mężczyzn) z pewnością doprowadziłoby do zmniejszenia „różnicy w wynagrodzeniach” między mężczyznami i kobietami (a tym samym do spadku pośrednich kosztów wychowania dziecka ponoszonych przez kobiety). A bardziej dostępne placówki opieki przedszkolnej i mieszkania prawdopodobnie przekonałyby wiele osób, że posiadanie trójki dzieci zamiast dwojga jest możliwe do ogarnięcia.

    Prawdopodobnie nawet przy takich założeniach nie osiągniemy jednak poziomu dzietności z 1979 roku. Jednak poziom dzietności maksymalizujący, według niektórych badań, konsumpcję na mieszkańca (ok. 1,5-1,8 w krajach o wysokich dochodach) byłby możliwy do osiągnięcia z obecnego poziomu 1,4.
     
    Martin Lobotka
    Główny strateg
     

    Informacja dotycząca opublikowanych artykułów ›